18 Lis

Pałace Anselma | Zyta Misztal v. Blechinger

by Redakcja

 

Inkubator rzeczy wielkich - Pirelli HangarBicocca to budowla, która pamięta czasy rewolucji przemysłowej. Myśl inżynierska święciła tryumfy wysyłając stąd w drogę ku postępowi świadectwa swej pomysłowości : lokomotywy parowe i elektryczne, wagony kolejowe i maszyny rolnicze, samoloty i broń. Monumentalna konstrukcja przetrwała stulecie pomimo, że obok upadały wielkie systemy, a świat obracał się w ruinę. Siła destrukcji przegrała z wolą istnienia. Dziś wielka hala chroni w swym środku delikatną istotę, nadzieję współczesnego człowieka- sztukę. 

Johann Wolfgang von Goethe powiedział, że barwa jest cierpieniem światła. W dwóch salach wystawienniczych „Le Navate” i „Il Cubo” myśl tę uznano za cenną i zadbano o przyjemny półmrok. Jaskrawe blaski oraz zgiełk pochłaniają kurtyny tkanin, którymi wydzielono przestrzenie. Ściany, wysokie na trzydzieści metrów pomalowano w kolorze czerni. Stworzono tu wyśmienite warunki, aby móc wyostrzać zmysły  i pogrążać się w kontemplacyjnej ciszy. Miejsce emanuje specyficzną aurą, którą najsilniej odczuwa się w największej sali. Nic dziwnego, że właśnie tam zadomowił się na stałe majestat siedmiu wież „I Sette Palazzi Celesti” autorstwa Anselma Kiefera

Zaskoczenie. Oto pierwsze z odczuć, które towarzyszy zaraz po wejściu. Potem nastaje ekscytacja, wzmagana przez ciekawość. Pokora jest kolejnym emocjonalnym stanem, do którego wkrótce dołącza melancholia. Przyglądając się budowlom dostrzegam ich zmyślną materialność. Pogardzam nią i podziwiam jednocześnie, gdyż nie można odmówić jej treści. Liczby pomogą wyobraźni. Siedem razy należy przemnożyć dziewięćdziesiąt ton zbrojonego betonu, z którego zbudowano każdą konstrukcję. Pałace składają się z cementowych  elementów, wykonanych na kształt modułów kontenerów. Nałożone na siebie, wznoszą się na wysokość osiemnastu metrów niczym wieże Babel. Sprawiają wrażenie nierównowagi wizualnej i jednoczenie są cudem harmonii statycznej. Spektakularny ogrom przestrzeni pozwala instalacji na głęboki oddech. Stojąc wśród tych kolosów czujemy swą małość wobec kosmosu. Oprócz alegorii materializmu, pychy czy nieporozumień jest w tym i misterium pełne metafizycznej symboliki, stanowiące klucz dla tych, którzy pragną podążać ścieżką duchowej inicjacji. Percepcja nie jest czysta. Nie jesteśmy jak tabula rasa, wszystko co postrzegamy filtrujemy przez nasze doświadczenie, dlatego interpretacje mogą dotyczyć zarówno mistycyzmu Kabały jak i odwołań do ruin Zachodu. Mogą też być formą projekcji możliwej przyszłości. Pomiędzy piętrami wież umieszczono stare, hebrajskie księgi. Wokół odnaleźć można ślady ołowiu, znak Saturna, puste ramy bez obrazów, szkło, czy paski papieru oznaczone serią liczbową odpowiadającą klasyfikacji ciał niebieskich NASA. 

„Komu trzy tysiące lat nie mówią nic, niech w ciemności niewiedzy żyje z dnia na dzień”

Odczuwam przyjemność z każdym, kolejnym odkryciem i przypisaniem mu znaczeń. Poddaję się chwilom zadumy, które następują poprzez zawieszenie umysłu pomiędzy obserwacją a myśleniem. Wpadam w dziwny trans. Potem z zakamarków pamięci wyjmuję passus Zbigniewa Herberta:

„Wieża ma pięćdziesiąt łokci w dół i tyleż w niebo. W lochu pod wieżą siedzi człowiek. Król przywiązał go do sumienia łańcuchem.
Po pięknym życiu liczy dni, ale nie czeka. Na szczycie wieży mieszka astronom. Król kupił mu lunetę, aby przywiązać go do wszechświata. Astronom rachuje gwiazdy, ale nie boi się.

Ten na górze i ten niziutko zasypiają pełni liczb. Dlatego rozumieją się. Nie mają gołębia, ale za to czarny kot nosi wiadomości z lochu na szczyt.
- Przybył jeden dzień - mówi astronomowi.
A do więźnia : - Urodziła się gwiazda.
Wszyscy trzej mają zielone oczy.  Od tego wypatrywania, nie od nadziei.”

Moje zielone oczy wypełnia nadzieja, to dzięki niej uczę się uważności patrzenia. Taka umiejętność może być jutro cenniejsza niż wiedza. Taka umiejętność zapewnia rozwój. 

Wzbogaceniem instalacji Anselma Kiefera są wielkoformatowe obrazy o gigantycznych rozmiarach. W pracach artysty pojawiają się surowe, pustynne krajobrazy, gdzie ziemia wydaje się być sterylna. Swoją charakterystyczną teksturę zawdzięczają pigmentom zespolonym z substancją organiczną jakimi są metal i ołów. Czarne nasiona słonecznika, to powracający element, jedyny znak witalności i nadziei odrastania. Obecność materiałów takich jak papier, sól, żwir, drewno czy słoma przypomina, że wszystko jest istotne. Wyróżnia malarską powierzchnię, przekracza granice pomiędzy obrazem a rzeźbą i wydaje się zapraszać obserwatora do wejścia w inny wymiar nasiąknięty kosmogonią, historią czy mitologią. Być może jest też wyrazem tęsknoty człowieka za boską doskonałością? Postaci ludzkie pojawiają się w bardzo wyjątkowych przypadkach. Historia jest tworzona przez ludzi ale ci, jakby zostali wyssani z obrazów Kiefera przez samą przeszłość lub po prostu nie zasłużyli na bycie reprezentowanym. Jedna z prac jest wyjątkowa.Stanowi cemelium tej ekspozycji. U jej podstawy samotna postać patrzy na krajobraz, przypominający romantyczne dzieła malarza Caspara Davida Friedricha. Bez wątpienia jest tu „chora melancholia”, która poruszy każdego namiętnego obserwatora, ale jest też coś więcej. Forma wyeksponowania obrazu na czarnym tle sprawia wrażenie lewitacji całości wizji w ogromie kosmicznej próżni. Mój osobisty odbiór przywołuje wspomnienie mary sennej. Wierzę w moc snów, to alternatywna część naszego życia, w której głos ma podświadomość. Patrzę na obraz i doznaję uczucia odrealnienia. A może ja śnię? Dopóki obdarzam malowidło uwagą, żyje ono i rozrasta w wyobraźni, stając się materialnym bytem o imponującej fizyczności. Wzrusza mnie trajektoria tęczy, która łączy niebo z ziemią, przecinając całą powierzchnię płótna. To tam dostrzegam subtelną transkrypcję - imiona klasyków filozofii niemieckiej. Zwolenników idei, obiecujących zbawienie poprzez uznanie indywidualnych tożsamości. Uśmiecham się do siebie. Pocieszającym jest fakt, że nie tylko mnie prześladuje w snach heglowski paradoks świadomości ludzkiej. Doznaję namiastki otuchy. Nie jestem sama.  

Trwam, wpatrując się  w obraz. 

Stoję na jałowej ziemi, bezdomna i bez imienia. Nieistotna. Światło dociera do mnie delikatną poświatą. Mam świadomość zagubienia. Patrzę w górę, gdzie niebo przecina łuk tęczy, rozchodząc się promieniście jak sklepienie ogromnej katedry. Jest jakaś zaduma w tym miejscu. Dostojność i powaga potęgują samotność. Przede mną na horyzoncie majaczy las. A może to nie drzewa dostrzegam w oddali, lecz ruiny miast? Nie mam sił, by wykonać ruch. Jakby powietrze wokół było zbyt gęste, jakby wszystko pochłonął wir zła.  Zastój. Po chwili czuję na plecach czyjś niespokojny oddech. Stoję sama za sobą, w odległości zaledwie pół metra i widzę kreaturę składającą się z emocji, nad którymi stara się panować umysł, a z którymi idzie za pan brat (u)czucie, niesprecyzowane połączenie pożądania, wyobraźni i instynktu. Słyszę nasz wspólny puls. Za chwilę każde z nas będzie musiało dokonać wyboru i ruszyć w inną stronę.  „Aby zdać sobie sprawę, czym jestem, muszę stać się czymś więcej, niż jestem. Muszę powiększyć siebie, wyobrazić w zewnętrznych relacjach, wyjść poza prywatną podmiotowość, założyć istnienie innego życia, wkroczyć w konflikt z nim i wygrywając, zbliżyć do osiągnięcia jedności z najgłębszym ja. Poszerzyć w celu samo zrozumienia i powtórzyć idealnie w swojej własnej osobie, ewolucję ludzkiej cywilizacji”.

Oto i treść rzucona odbiorcy prosto w twarz. Z całą swoją metaforyką, alchemią, poezją i nastrojowością. Z obrazami, rzeźbą i alegorią znaczeń. Ze zdaniami układającymi się w historię, z wyznaniem i nadzieją, która kieruje w przyszłość. Tam, gdzie wartością jest jeszcze myślenie i tam, gdzie słychać puls ludzkości - żywą sztukę.

Zyta Misztal v.Blechinger

Inkubator rzeczy wielkich 

Pirelli HangarBicocca

Milano, 21 luty 2019r